- Siłą pierwszego tomu „Obrachunków” jest nakreślenie tła polityczno-historycznego PRL-u. Czytając Panów książkę, uświadomiłam sobie, że słynna odwilż październikowa trwała raptem półtora, dwa lata.
K.Sz.: - Niektórzy twierdzą nawet, że nigdy się na dobre nie zaczęła. Andrzej Friszke pisał zaś, że „front filmowy” był w tym czasie jednym z najważniejszych frontów ideologicznych, a zatrzymanie przez władze partyjne w 1958 roku „Ósmego dnia tygodnia” - zrealizowanej przez Forda ekranizacji opowiadania Marka Hłaski - stało się jednym z pierwszych wyraźnych symptomów odwrotu od Października. Ford siłą rzeczy znalazł się więc w centrum tego zwrotu.
Już wówczas, i to nie po raz pierwszy, okazał się konsekwentnym obrońcą samorządności środowiska - nie bawił się, jak inni twórcy, na przykład na naradach i spotkaniach w KC PZPR w półsłówka, tylko zazwyczaj walił prosto z mostu i jasno wyrażał swoje poglądy. W sprawach zasadniczych - zamiast koncyliacyjności, dyplomacji czy uległości wobec władzy, w których był swoją drogą mistrzem - wolał działać wprost. Owszem, mógł dzwonić do sprawującego funkcję głowy państwa - zaprzyjaźnionego towarzysza Zawadzkiego, żeby przysłał mu na plan „Krzyżaków” konnicę, ale kiedy trzeba było, stawał na pierwszej linii walki jako reprezentant interesów środowiska. Chcielibyśmy, żeby dotarło to do szerszej świadomości, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych to nie Wajda, nie Kawalerowicz, nie Jakubowska czy Kutz byli awangardą reprezentującą autonomię środowiskową i instytucjonalną filmowców.
G.P.: - Ford w świetle dokumentów archiwalnych jawi się jako człowiek ideowy, uczciwy, konsekwentny w swoich poglądach, ale też odważny. Najpierw walczył (oczywiście wraz z gronem koleżanek i kolegów) o powstanie zespołów filmowych, potem (już coraz bardziej sam) - żeby je ocalić. W komunizmie taki rodzaj działalności artystycznej - właśnie samorządnej i autonomicznej był bowiem niebywały i naruszał podstawy systemu. W Marcu 1968 roku wszystko to zostało zniszczone, a mająca swe korzenie - w odwilży październikowej struktura kinematografii - zniweczona i zdemontowana.
K.Sz.: - Światopogląd Forda ukształtował się, kiedy był młodym człowiekiem, na bardzo wczesnym etapie jego działalności publicznej. Od 1931 roku należał do Komunistycznej Partii Polski, po wojnie - konsekwentnie - był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W którymś momencie życia zaczęła w nim chyba jednak dojrzewać jakaś inna świadomość.
- Jaka?
G.P.: - Trudno to jednoznacznie określić. Tym bardziej, że Ford był człowiekiem pełnym paradoksów. Dobrze pokazuje to chociażby korespondencja z Rachelą Auerbach, której krytyczna edycja ukaże się jako tom drugi „Obrachunków Fordowskich”. Opinie, jakie Ford formułował w listach do przyjaciółki na temat zbrodniczej polityki Związku Radzieckiego czy dramatycznego zdławienia Praskiej Wiosny przez wojska Układu Warszawskiego w 1968 roku, mogłyby wskazywać, że ich autor jest wręcz zagorzałym antykomunistą. A przecież reżyser nigdy nie wyparł się swojego lewicowego rodowodu. Przykład innego paradoksu: zrealizował gorzki, czarny „Ósmy dzień tygodnia”, który mu władza zatrzymała i nie dopuściła na ekrany, a kilka miesięcy później, w grudniu 1958 roku, z zaangażowaniem wyreżyserował w Sali Kongresowej wielkie widowisko słowno-muzyczne z okazji czterdziestej rocznicy powstania Komunistycznej Partii Polski…
- „Ósmy dzień tygodnia” był chyba filmem, który najdłużej leżał w Polsce na półkach. Premiery doczekał się dopiero w 1983 roku. A skrytykował go nawet Hłasko.
K.Sz.: - A kogóż Hłasko nie krytykował! „Ósmy dzień tygodnia” nie jest może arcydziełem, ale to kawał przyzwoitego, dobrze zrobionego i angażującego kina. Pisze się o nim zwykle w kontekście polskiej szkoły filmowej - i wtedy rzeczywiście on coś traci. Tymczasem trzeba traktować „Ósmy dzień tygodnia” autonomicznie, jako swoistą „twórczą zdradę” prozy Hłaski i jako ściśle autorską - Fordowską - wypowiedź artystyczną o otaczającej twórcę ówczesnej polskiej rzeczywistości, wykorzystującą charakterystyczne dla tego reżysera środki wyrazu.
G.P.: - Kiedy oglądaliśmy ten film całkiem niedawno, nazwałeś go dziełem u samych podstaw antysystemowym.
K.Sz.: - Jeśli tak powiedziałem, to słusznie powiedziałem (śmiech). Ford nie uprawia publicystyki, nie niesie sztandaru ani nie głosi żadnych haseł propagandowych, ta antysystemowość została zawarta w samej materii filmowej i nie dawała się ocenzurować. I to pewnie tłumaczy, dlaczego film wywołał burzę i został przez najwyższe władze PRL-u zatrzymany. Nic natomiast nie tłumaczy zaślepienia współczesnych jego krytyków.
G.P.: - Przypomniałem sobie niedawno opowiadanie Hłaski i uważam, że adaptacja Forda jest dobra i celna. Wcale nie idzie wbrew intencjom pisarza. Trzeba po prostu zaakceptować pewną konwencję. Ford już przy okazji „Ulicy Granicznej” był oskarżany o to, że jego styl jest staroświecki, że przypomina najgorsze wzorce polskiego kina przedwojennego. Naszym zdaniem - i nie jesteśmy w nim odosobnieni, bo tak był i jest on prezentowany w światowych kompendiach sztuki filmowej - Ford był jednak pierwszorzędnym rzemieślnikiem, pomysłowym inscenizatorem. Kreował sugestywne, pozostające w pamięci obrazy. Nie wiem zresztą, zwłaszcza po zapoznaniu się z emigracyjną twórczością reżysera, czy nie należałoby mówić o nim - ze względu na konsekwencję i formalną, i ideową jego dzieł - wręcz jako o par excellence twórcy kina autorskiego.
- Czy dziełem autorskim jest też film „Jest pan wolny, doktorze Korczak” powstały w Niemczech, po emigracji reżysera? W Polsce Ford był o krok od jego realizacji, miał gotowy scenariusz, scenografię, aktorów - a jednak w Marcu 1968 roku przerwano zdjęcia. Niektórzy mówią, że ten projekt stał się jego obsesją, ale gdy udało mu się go w końcu zrealizować, niestety nie zachwycił krytyków.
K.Sz.: - Aleksander Ford zawsze robił filmy, z którymi się identyfikował. Na pewno był osobiście związany z postacią i ideami Korczaka, na pewno bardzo mu na tym projekcie zależało. Należy też zakładać, że liczył na jego rezonans międzynarodowy.
G.P.: - Zerwanie przez władze zdjęć do filmu o Korczaku w początkach 1968 lub nawet końcu 1967 roku (datę trudno jest precyzyjnie ustalić) musiało być dla Forda ciosem, zwłaszcza że projekt dojrzewał latami. Jego ostateczne spełnienie - już na emigracji, w 1974 roku - okupione było niewątpliwie pewnymi ustępstwami, a jednak powstał film przejmujący.
K.Sz.: - Krytycy piszą o „Korczaku”, że jest to półprodukt - skromny i nieudany, a ja uważam, że to film wybitny. To, co go wyróżnia, to powściągliwy sposób podejścia do tematu, wyprzedzający o lata „Pianistę” Romana Polańskiego, a jak najdalszy od dzieł w typie Spielbergowskiej „Listy Schindlera”. Nie ma tu melodramatu i szantażu emocjonalnego, a jednak to, co śledzimy na ekranie, jest bardzo poruszające. Film Forda ma kameralny wymiar, bo reżyser dysponował ograniczonymi środkami, ale tego w ogóle się nie czuje. Nie jest to na pewno żaden teatr telewizji ani żadna prowizorka. Ford stworzył zupełnie nową jakość - w innych rejestrach emocjonalno-inscenizacyjnych niż dotychczasowe filmy o Zagładzie.
G.P.: - A dla opowieści o Korczaku znalazł jeszcze inną, tym razem teatralną formę, powracając do jego postaci w Kopenhadze w 1978 roku. Ford stworzył wówczas niezależną grupę teatralną Athenaeum 77 i ściągnął do roli tytułowej w spektaklu „Do you know dr Korczak?” polskiego emigranta Władysława Sheybala, który był wówczas na Zachodzie „gorącym nazwiskiem”. Przedstawienie okazało się dużym sukcesem, miało doskonałe recenzje i grano je przez miesiąc na scenie w centrum stolicy Danii. O tym również chcielibyśmy napisać w kolejnym tomie „Obrachunków Fordowskich”.